niedziela, 23 sierpnia 2009

mroźny weekend

lubię sobotnie poranki, bo wtedy tata nie idzie do pracy i można się z nim trochę pobawić. tym razem poleżałem sobie trochę u niego na brzuchu, a mama robiła nam zdjęcia. potem spakowaliśmy się na wyjazd do dziadków do mrozów. nasza biedna toyotka ledwo mieści cały ten niezbędny ekwipunek. na przykład mój wózek zajmuje prawie cały bagażnik, więc walizki i inne gadżety muszą jechać z nami w środku. pojechaliśmy załatwić szybko jakieś sprawy na mieście i ruszyliśmy w drogę do mrozów.

w ten weekend w mrozach była cała rodzinka, bo przyjechał też wujek marcin, ciocia magda i mikołajek. całe popołudnie spędziliśmy na podwórku. dziadki dostali w prezencie żeliwny kociołek, który jest ze dwa razy cięższy ode mnie i wszyscy nie mogli się doczekać, aż upieczemy w nim na żarze super danie – prażonki. ani się nie obejrzeliśmy, jak przyszedł wieczór. rodzice mieli dla mnie niespodziankę i ogłosili dzień dziecka, więc nie musiałem się kąpać. w związku z tym spałem sobie grzecznie w wózku na dworze, a dorośli rozmawiali albo oglądali mistrzostwa świata w lekkoatletyce w berlinie i złoty medal anity włodarczyk w rzucie młotem.

zanim poszliśmy spać, tata martwił się, że tak wcześnie zasnąłem, i o 4 zrobię rodzicom pobudkę. ale mi spało się tak dobrze, że mimo obaw taty spałem chyba do 7, a jak już wstałem to zajęła się mną babcia, więc rodzice mogli sobie troszkę dłużej poleżeć. bawiłem się trochę na swojej matce, a mikołajek szalał obok ze swoją kolejką. ja na razie zamiast puszczać pociągi i robić na nie napady z bronią w ręku, gaworzę i zaczepiam pluszowe zwierzątka, ale przecież na wszystko przyjdzie kiedyś pora.

po śniadanku poszedłem z dziadkiem, tatą i mikołajkiem na dożynki. oczywiście nie wiedziałem do tej pory, co to te dożynki, ale wszystko się szybko wyjaśniło. pospacerowaliśmy chwilę i obejrzeliśmy wieńce. mikołajek namawiał tatę na zwiedzanie straganów, ale tata nie zabrał z domku portfela, więc przyjemności by nie było. w drodze powrotnej rzucaliśmy kamienie do stawu, znaczy się głównie mikołaj wrzucał, a ja się przyglądałem.

po południu wróciliśmy do warszawy. nawet nie wchodziliśmy do domu, tylko od razu pojechaliśmy do ożarowa do wujka micza, cioci iwonki i małego antka. właściwie to on już nie jest taki mały, bo niedługo będzie miał trzy latka, ale jest bardzo fajny. przyniósł mi ładny prezent, a potem pokazał mi swoją piaskownicę. jesteśmy umówieni na zabawy, jak tylko ogarnę kopanie łopatką i robienie babek. rodzice zajadali smakołyki, które przygotowała ciocia iwonka, a tymczasem antek robił crash testy moim wózkiem obijając nim o ścianę i stawiając na tylnych kołach do pionu. uff, dobrze, że w tym czasie byłem u mamy na rękach, bo mógłbym chyba wylecieć. ciocia i wujek też mnie brali na ręce i udawali, że nie pamiętają, jak się to robi. zabawni.

było bardzo sympatycznie, ale niedługo musieliśmy wracać do domku. za nami znów weekend pełen wrażeń.

hej, co słychać po drugiej stronie ekranu?

impreza piżamowa z tatą

latanie u wujcia wariatuńcia na rączkach

grill, plener - to lubię

salon opanowany przez moje i mikołaja zabawki

mikołaj prowadzi mnie na dożynki

dożynki w pełni

w przerwie na rzucanie kamyków

wujek micz i antek to równe chłopaki

a tu będziemy budować zamki z piasku

nie ma się co dziwić, że wujek taki zadowolony

ciocia szybko przypomniła sobie, jak to jest z takim maluchem na rękach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz