w ten weekend w mrozach była cała rodzinka, bo przyjechał też wujek marcin, ciocia magda i mikołajek. całe popołudnie spędziliśmy na podwórku. dziadki dostali w prezencie żeliwny kociołek, który jest ze dwa razy cięższy ode mnie i wszyscy nie mogli się doczekać, aż upieczemy w nim na żarze super danie – prażonki. ani się nie obejrzeliśmy, jak przyszedł wieczór. rodzice mieli dla mnie niespodziankę i ogłosili dzień dziecka, więc nie musiałem się kąpać. w związku z tym spałem sobie grzecznie w wózku na dworze, a dorośli rozmawiali albo oglądali mistrzostwa świata w lekkoatletyce w berlinie i złoty medal anity włodarczyk w rzucie młotem.
zanim poszliśmy spać, tata martwił się, że tak wcześnie zasnąłem, i o 4 zrobię rodzicom pobudkę. ale mi spało się tak dobrze, że mimo obaw taty spałem chyba do 7, a jak już wstałem to zajęła się mną babcia, więc rodzice mogli sobie troszkę dłużej poleżeć. bawiłem się trochę na swojej matce, a mikołajek szalał obok ze swoją kolejką. ja na razie zamiast puszczać pociągi i robić na nie napady z bronią w ręku, gaworzę i zaczepiam pluszowe zwierzątka, ale przecież na wszystko przyjdzie kiedyś pora.
po śniadanku poszedłem z dziadkiem, tatą i mikołajkiem na dożynki. oczywiście nie wiedziałem do tej pory, co to te dożynki, ale wszystko się szybko wyjaśniło. pospacerowaliśmy chwilę i obejrzeliśmy wieńce. mikołajek namawiał tatę na zwiedzanie straganów, ale tata nie zabrał z domku portfela, więc przyjemności by nie było. w drodze powrotnej rzucaliśmy kamienie do stawu, znaczy się głównie mikołaj wrzucał, a ja się przyglądałem.
po południu wróciliśmy do warszawy. nawet nie wchodziliśmy do domu, tylko od razu pojechaliśmy do ożarowa do wujka micza, cioci iwonki i małego antka. właściwie to on już nie jest taki mały, bo niedługo będzie miał trzy latka, ale jest bardzo fajny. przyniósł mi ładny prezent, a potem pokazał mi swoją piaskownicę. jesteśmy umówieni na zabawy, jak tylko ogarnę kopanie łopatką i robienie babek. rodzice zajadali smakołyki, które przygotowała ciocia iwonka, a tymczasem antek robił crash testy moim wózkiem obijając nim o ścianę i stawiając na tylnych kołach do pionu. uff, dobrze, że w tym czasie byłem u mamy na rękach, bo mógłbym chyba wylecieć. ciocia i wujek też mnie brali na ręce i udawali, że nie pamiętają, jak się to robi. zabawni.
było bardzo sympatycznie, ale niedługo musieliśmy wracać do domku. za nami znów weekend pełen wrażeń.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz