wtorek, 26 marca 2013

marcowe foty

w marcu po powrocie oczywiście chorowaliśmy. mama już nie ma siły na to nasze chorowanie, tym razem obyło się bez antybiotyków, ale inhalacje musiały być. z nowości, to bartuś coraz więcej mówi, pojedyncze słowa, ale na razie pełnych zdań brak.
przyjechała do nas babcia tania, więc było moje z nią gotowanie i robienie deserków. a deserki zjadał bartuś. bartuś pięknie je sam, nawet nie pozwala nikomu ani jednej łyżki sobie podać, on sam. czyli zupełnie inaczej niż było ze mną, bo ja nie chciałem jeść sami potem nawet w przedszkolu trzeba było ze mną pertraktować, żebym sam machał łyżką.

 jeszcze jedna fotka z austrii – innsbruck

 inhalacje

 mama kupiła nowy dywan, uwielbiamy go!

 plastelinowy bartuś

 robimy z babcią tanią deserki

 potem jeszcze zanieść na stół…

 … i konsumpcja

 sadzimy rzeżuchę

bartuś zgubił głowę

czwartek, 14 lutego 2013

na narty!

zanim pojechaliśmy na narty zaprosiliśmy gości. była tosia z tymem i antek z helenką. jak zwykle było dużo zabawy i śmiechu. następnego dnia rano już nie było tak wesoło, jak się okazało, że wojtuś ma gorączkę. tym bardziej, że rodzice przypomnieli sobie, że poprzedniego dnia wszystkie dzieci grały na zmianę na naszym drewnianym fleciku. no i wszystkie dzieci spakowały się raz dwa i już ich nie było. a tymczasem nasz wojtuś nabawił się szkarlatyny i pierwszy raz w życiu musiał brać antybiotyk.

a tydzień później jechaliśmy już na narty do austrii. jechaliśmy samochodem bardzo daleko i trochę nam się dłużyło, ale w końcu zasnęliśmy i jakoś zleciało.

w austrii była babcia tania i dziadek ryś. odwiedziliśmy też naszych znajomych: wiktora i jego rodziców: ciocię anię i wujka martina. dni wyglądały dosyć podobnie: rano śniadanie, potem robiłem sceny w hotelu, jak rodzice wyjeżdżali na narty, potem spacerki i sanki z dziadkami, drzemka, jedzenie i powrót rodziców. wieczorem jeszcze kolacja, kąpiel i spanie. czasem przyjeżdżali do nas goście. oprócz wiktorka jeszcze jedna ciocia ania ze swoim wesołym chłopakiem rouge z katalonii.

no ale najważniejsze na tym wyjeździe było to, że wojtuś jeździł pierwszy raz na nartach. ma przecież kask od świętego mikołaja, a do tego spodnie i kurtkę, więc trzeba było spróbować. wszystko byłoby fajnie, ale nasz biedny wojtuś musiał się wspinać pod górkę przed każdym zjazdem, więc po godzinie sam zaliczył zjazd i trzeba było odpocząć. ale jak tylko doszedł do siebie, powiedział, że mu się podoba i zapytał kiedy znów będzie jeździć. będą z niego narciarze. 

jemy, tymek czeka

teraz tymek je

po gościach trzeba było posprzątać

wiktorek z rodzicami

kolacja w austrii

w gondolce

z górki na pazurki

wspinaczka jest ciężka

narty prosto wojtusiu

mama też jeździła…

…albo podskakiwała

dlaczego ja nie mam kasku?

halo, niech ktoś nas pociągnie

bo inaczej będziemy tu leżeć

albo ulepimy bałwana

tata namawia mnie do wstania

nadchodzi bunt dwulatka

czwartek, 31 stycznia 2013

zajęcia domowe jak za oknem śnieg

w naszym lesie zimą naprawdę jest co robić, w przerwach między jedną a drugą chorobą, nawet jak glut do pasa staramy się być aktywni na dworku. najlepsze jest to, że rodzice pozwalają nam odśnieżać, bartuś bierze "łopa", ja biorę szczotkę i zamiatamy, jak wszystko zgarnięte, pomagamy tacie wywozić śnieg na taczce do lasu. 
w styczniu był też dzień babci i dziadka, tym razem przyszedł pierwszy raz dziadek marek i chyba mu się podobało. niestety babcia tania i dziadek ryś nie dali rady przyjechać. 
aha, w przedszkolu był też bal karnawałowy i byłem prawdziwym piratem. wieczorem potem mamie mówiłem, że mam ją w sercu na dnie, bo tak było w piosence na tym balu, że pan miał "dziewczynę mą w sercu na dnie".


 sanki we dwóch, jak zwykle przepychanka

 od lewej: jaś, ja, rysiek, gabrysia i tymon

 mówiłem oczywiście wierszyk

 były też tańce i wygibusy, w tym najlepszy u nas jest szymon (pierwszy z prawej)

 dziadek i babcia dostali własnoręcznie upieczone przeze mnie pierniczki

 wywózka śniegu, ale powrót można zaliczyć w taczce

 mamusi pirat ukochany

 oglądanie bajki "było sobie życie" konieczne rekwizyty to kanapa i koc, fajnie jest też przytulić się do babci tani

 śniegu u nas w lesie było sporo

 babcia była najszybszym ciągaczem

bartuś z tatą w jego śmiesznej czapce, którą dostał od babci tani i dziadka rysia


sobota, 12 stycznia 2013

a my w zimy się nie boimy

jak widać motywacja blogowa starczyła na jeden wpis, a to dlatego, że zaginął kabelek od aparatu, którym można zgrywać zdjęcia.
nasz bartodziej w styczniu, bo my jeszcze w tym miesiącu jesteśmy rozpoczął swoje gawożenie, parę słów na krzyż, mama nas nie porównuje, ale ja w tym czasie powiedziałem pierwsze zdanie. za to bartuś pięknie układa klocki i lubi zajmować się rzeczami manualnymi, cokolwiek to oznacza.
w styczniu oczywiście nie ominęły nas choroby, tajlandii nie było, więc co się dziwić.
ale w tak zwanym międzyczasie, była u nas karinka, z którą zniknęliśmy w bawialni na długie godziny, rodzice tylko zaglądali, czy nie uciekliśmy przez okno, bo czasami było za cicho. grzeczność nad grzeczności. oprócz tego byliśmy na urodzinach u tosi, gdzie nie było połowy gości, bo wszyscy chorzy. dobrze chociaż, że nam się udało, bo tort malinowy był przepyszny!

  

powrót z gór i obowiązkowa wizyta u prajadzi, która nadal jest w świetnej formie i co roku wygląda młodziej, tak przynajmniej mówi nasza mama…

i u wujostwa, wuj leszek pięknie nam zagrał kolędy, a ja śpiewałem

to zabawy z karinką

zbudowałem sobie namiot, w którym można spać zimą

w dodatku w śpiworku od świętego mikołaja













uczę bartusia rysować












a to tosia i zdziesiątkowani goście













i torcik malinowy z batidy z solenizantką












jak widać smakował

tym u mamy na rączkach













a to ja z tosią i z emilką, jakby ktoś pytał, to emilka jest ode mnie młodsza o 7 miesięcy i na tym zdjęciu miała 3 latka












a bartuś mimo zwykłego gluta pod nosem dobrze się bawił śpiewając karaoke

środa, 2 stycznia 2013

krynica nigdy się nie znudzi

no tak, jak zauważyliście pewnie, dawno nas tu nie było. jakoś strasznie zajęci byliśmy a i zima taka długa! no więc teraz będzie turboprzyspieszenie + mało tekstu, dużo zdjeć.
po świętach jak zawsze pojechaliśmy w góry. tym razem były trzy grupy dzieci: 'przedszkolaki' (tosia, majut, lem i wojtuś), 'berbecie' (polut, róża, tymek) i jednoosobowa grupa 'ludzik', w której byłem ja - bartuś. aha, oczywiście byli z nami też rodzice. chatę mieliśmy wyborną, tym razem nie było basenu :( ale było dżakuzi! :)


ten stół jadalny był zwykle opanowany przez dzieci. dzieci jadły i jadły jak kończyły śniadanie, zaczynały drugie śniadanie, jak kończyły drugie śniadanie, to na kuchni ciocia ania kończyła gotować zupę, jak tylko zupa była w przepastnych brzuchach, to wołaliśmy o co nie co na deser, zaraz potem, trzeba było zjeść podwieczorek i potem grzecznie kolację.... 

 kącik czytelniczy w sercu salonu pozwalał na czytanie i równocześnie branie udziału w życiu domu, albo drzemanie (to robił zwykle wuj krzyś) i jednoczesne głoszenie wszem i wobec, że zajmuje się taki dorosły dziećmi...
 maluchy też chciały jeść ze wszystkimi....

 a to wieczorny rytuał, najpierw dżakuzi, a potem skok pod prysznic. mama pod prysznicem myła taśmowo: najpierw wojtuś, potem ja, czasami wpadła też gościnnie tosia

 to ja z tosią. tosia bardzo chętnie bawiła się z wojtusiem w dom, kładli się nawet razem do łóżeczka tosiowego i przykrywali i mówili: teraz jest mąż i żona... tosia mówiła wojtusiowi, żeby zmienił pieluchę tymowi, a ona ugotuje obiad... a mama i ciocia ania były z tych historii bardzo zadowolone

 spacerowanie po deptaku to mus, wojtuś zawsze szuka swojego psa, pomnik nikifora z psem

 tym w restauracji interesował się wszystkim tylko nie jedzeniem

 oczywiście rodzice próbowali sobie z nami zrobić zdjęcie.... tu jeszcze się udało

 ale w przypadku większej liczby dzieci to już nie było możliwe

 zakupiono dwie pary plastikowego dziadostwa zamiast sanek.... dziadostwo zostało w górach u naszych gospodarzy, ale zabawy było co niemiara. sanki nie mieściły się do żadnego z aut, które przyjechały w góry

 wojtuś pozuje z tatusiem
 a za wojtusiem nasza wypasiona chata

 wojtuś z majutem poszli na sesję, ale słońce już było po drugiej stronie gór

 chwila zgody na sankach, wojtuś się zawsze przepycha!

 dzieci raz dziennie oglądały bajkę...

by w tym czasie rodzice mogli oddać się błogiemu obżarstwu! :)