poniedziałek, 25 stycznia 2010

piaskowy ludek

tak tak piaskowy, najpierw łażenie po skałach, a dziś nowa atrakcja, bardzo mi się to podróżowanie podoba. dziś pojechaliśmy dalej na południe jordanii na pustynię wadi rum. jak wyjeżdżaliśmy z petry, to była taka mgła, że nic nie było widać. takie mieliśmy szczęście, że to wczoraj ją zwiedzaliśmy. ale im dalej w stronę pustyni, tym było ładniej, tylko wielki wiatr. umówiliśmy się na tej pustyni z niejakim nailem, synem obeida, który miał być naszym przewodnikiem, ale obeid pojechał na węgry, tak tak, stamtąd właśnie jest druga żona obeida, i tak to właśnie naszym przewodnikiem został nail.

nail czekał na nas w umówionym miejscu i szybko przesiedliśmy się do jego samochodu terenowego. ho, ho, takim jeepem to ja jeszcze nie jeździłem. tata mi wyjaśnił, że na taką pustynię to trzeba mieć napędzane wszystkie koła w samochodzie. no i ruszyliśmy. na początek odwiedziliśmy obóz obeida, tam zjedliśmy lunch, to znaczy rodzice zjedli. no i zaraz pojechaliśmy zwiedzać pustynię, mieliśmy ze sobą mapę, no i niala.

powiem wam, że pierwszy raz wsadziłem łapki nie tam gdzie trzeba w naszym jeepie i lekko przycięło mi paluszek. oczywiście płakałem, ale tylko przez chwilkę. no a nial mnie polubił bardzo i ciągle brał na ręce.

jeździliśmy w różne miejsca, na tej pustyni się znaczy. były bardzo piękne, niebo niebieskie, chodziły wielbłądy, byliśmy na herbacie u innych beduinów, spotkaliśmy też parę szwedów, takich w wieku moich dziadków i powiedzieli, że to bardzo fajnie, że ja tak podróżuję, i że rozwijają mi się jakieś połączenia w jakimś mózgu, i będę ciekawy świata (jakbym już nie był) no i że w ogóle rodzice są fajni przez to.

tata kierował też jeepem, bo poprosił. a potem kierowałem ja, bo nial się spytał czy rodzice pozwalają. i raz się zakopaliśmy. i wieczorem paliliśmy ognisko u niala w namiocie i na nim różne mięsa, i rodzice jedli. i mieliśmy zostać na noc, bo nial przygotował nawet piecyk gazowy, który wstawił do namiotu, w którym mieliśmy spać. ale rodzice jednak stchórzyli i pojechaliśmy do akaby. tam o mały włos nie znaleźlibyśmy naszego hotelu, ale mama w ostatniej chwili go zauważyła. hotel był bardzo fajny, a w pokoju przywitał nas łabędź.


uwaga bo chodzą wielbłądy

więcej zdjęć rodzice zamieszczą w innym miejscu, bo to w końcu mój blog, no dobrze, jedno mogę dać

u niala na rączkach, nial ma ciepły kubrak, który pożyczył mamie jak jechała na pace

ja śpię a tata pije herbatkę, tata na wyjeździe zaczął słodzić, żeby było, że pije po arabsku

a to my koło domu lawrenca, jak chcecie wiedzieć, to ten lawrence był bardzo popularny w jordanii, może jeszcze napiszę, co to za jeden

to moja mama, troszkę się bałem, czy jej nie zwieje wiatr

podskakuję u niala, po oczach widać jaki jestem zadowolony

a tu kieruję jeepem

w namiocie beduińskim mogłem sobie w końcu spokojnie popełzać

a to ten łabędź co nas przywitał w hotelu

3 komentarze:

  1. Pamietam te łabędzie, w którym hotelu spaliście?

    OdpowiedzUsuń
  2. nie pamiętam czy w takim nocowaliśmy, chyba nie, ale najwyraźniej w akabie jest długofalowa moda na łabędzie ręcznikowe.

    wojtuś widze ze nieduługo to chyba raczkować zacznie co?

    nelka strasznie byla ostatnio chora, 39 C gorączki, kaszel, katar, biegunka i wymioty. koszmar jakis, nadal osłabiona i bladawiec. a za tydzien jedziemy na wspinanie do hiszpanii, mam nadzieje ze sie wykuruje

    buzia
    a.

    OdpowiedzUsuń