czwartek, 1 października 2009

lecimy do kanarków

jak już od dłuższego czasu zapowiadałem, wybieraliśmy się z mamą i tatą na urlop do kanarków, a konkretnie na wyspę terefere. śmieszne te nazwy, mówię wam. dziś pierwszy raz leciałem samolotem. wylot był dopiero wieczorem, ale cały dzień coś załatwialiśmy: kupowaliśmy przewodnik, byliśmy po pieluchy i w banku, skoczyliśmy na bemowo po spacerówkę, czyli drugą wersję wózka dla mnie (której ostatecznie i tak nie zabraliśmy), jeszcze po drodze krótka wizyta u taty w biurze i wróciliśmy do domku. na szczęście mamusia spakowała nas przezornie już rano. zmieściliśmy się w dwie walizy, z czego ja zająłem oczywiście tę większą sam, a rodzice musieli się upchnąć do małej. a nawet nie chcę pomyśleć, co by było, gdyby to tata był odpowiedzialny za pakowanie.

na lotnisko pojechaliśmy taksówką kombi. do innej byśmy się raczej nie zmieścili jeszcze z moim wózkiem. trochę marudziłem po drodze, ale miły pan taksówkarz powiedział, że mu to w ogóle nie przeszkadzało. przyjechaliśmy prawie trzy godziny przed odlotem, żeby zająć sobie fajne miejsca w samolocie, ale pani z biura podróży powiedziała, że jestem taki malutki, że rodzice mają iść bez kolejki. po odprawie spotkaliśmy koleżankę taty z pracy, która też jechała na urlop do kanarków z rodziną, tyle że na inną wyspę.

w samolocie dostaliśmy nie takie miejsca jak prosiła mama, ale tata powiedział, żeby wyluzować, więc wyluzowaliśmy i zasiedliśmy gdzie trzeba. wszystko byłoby ok., gdyby nie to, że jeszcze przed startem okazało się, że w następnym rzędzie siedzi marcel, największy wrzaskun w całym samolocie, a pewnie i na całym lotnisku nie znaleźliby większego. no więc ten wrzaskun, którego nie mogły uspokoić jego mama, babcia i jeszcze jedna pani, tak się bał i płakał i krzyczał, że w końcu i ja się na chwilę zestresowałem, co się dzieje. na szczęście mama przytuliła mnie mocno i wyjaśniła, żebym się nie bał, bo rodzice są ze mną i wszystko jest w porządku. no to się uspokoiłem. lot przebiegł dość spokojnie. ponieważ było już po 18, czyli zbliżała się moja normalna pora spania, to sobie smacznie spałem.

za kilka godzin wylądowaliśmy na gran canarii. tu wysiadła część turystów, ale niestety, wśród nich i tacy, którzy mieli lecieć dalej, na terefere. no i dalej szukać i wołać zagubionych a liczyć tych, co zostali w samolocie. a tamtych nie ma i nie ma. w końcu się znaleźli, a za nimi weszła do samolotu gromada strzaskanych przez słońce turystów z poprzedniego turnusu. jeden duży pan, co podróżował z rodziną, powiedział nawet, że siedzimy na ich miejscach, ale mama i tata poradzili mu, żeby wyluzował, więc wyluzował i choć wyraźnie niezadowolony znalazł sobie inne miejsca.

zaraz udało się w końcu wystartować i za kilkanaście minut byliśmy na terefere. w hotelu czekała na nas miła niespodzianka, bo dostałem swoje łóżeczko. ponieważ był już środek nocy, zmęczeni zasnęliśmy szybko.

jestem gotowy na wielką przygodę

zwiedzamy z tatką lotnisko

po męczącym zwiedzaniu sobie przysnąłem

w samolociku było superancko

miałem nawet nadprogramowo swoje siedzonko

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz