potem poszliśmy do kościoła. msza była częściowo po hiszpańsku, częściowo po angielsku. komunie rozdawali do ręki… a ja sobie oglądałem wszystkich dookoła, no i oczywiście sam stanowiłem nie lada atrakcję.
zaraz potem pojechaliśmy serpentynami na los gigantes, to takie wielkie klify schodzące do oceanu, mają ponoć 600 m wysokości i to ponoć bardzo dużo. tam też postanowiliśmy się lekko rozejrzeć za kąpielą, no bo w końcu przyjechaliśmy na terefere również w celach wypoczynkowych. rodzice znaleźli drogowskaz do naturalnego basenu, trzeba było zejść po schodach, a potem po skałach, więc wskoczyłem w chustę do taty i wzięliśmy ze sobą wózkową parasolkę, żebym się mógł schować przed wszędobylskim tutaj słońcem. naturalny basen polegał na tym, że zrobiony był on w oceanie, odgrodzony kawałkiem muru, a przez mur przelewały się fale. mama szalała w tym basenie, a ja z tatą robiliśmy jej zdjęcia ze skał. potem sobie podjadłem i było fajowo.
zaraz się okazało, że przed nami dalsza droga serpentynami, aż się mamie zakręciło w głowie, a ja oczywiście spałem. dojechaliśmy do małego miasteczka, bardzo uroczego, jak to powiedzieli rodzice icod de los vinos, tam w sercu miasteczka stało drzewo smocze, do którego wstęp kosztował cztery erło, a które widać było przez płot. więc rodzice wydali te cztery erło na napoje, które wypiliśmy w knajpce na ryneczku.
potem już tylko powrót serpentynami.
po dniu pełnym wrażeń zasnąłem przed kolacją i rodzice już mnie nie budzili na kąpanie… hurra jak to tata mówi, miałem dzień dziecka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz