niedziela, 4 października 2009

zwiedzamy terefere

rano jak zawsze na śniadanku chciałem sobie popodjadać tego i owego, bo jedzenia rozmaitego było bardzo dużo. ale jak zwykle rodzice nie chcieli się podzielić.

potem poszliśmy do kościoła. msza była częściowo po hiszpańsku, częściowo po angielsku. komunie rozdawali do ręki… a ja sobie oglądałem wszystkich dookoła, no i oczywiście sam stanowiłem nie lada atrakcję.

zaraz potem pojechaliśmy serpentynami na los gigantes, to takie wielkie klify schodzące do oceanu, mają ponoć 600 m wysokości i to ponoć bardzo dużo. tam też postanowiliśmy się lekko rozejrzeć za kąpielą, no bo w końcu przyjechaliśmy na terefere również w celach wypoczynkowych. rodzice znaleźli drogowskaz do naturalnego basenu, trzeba było zejść po schodach, a potem po skałach, więc wskoczyłem w chustę do taty i wzięliśmy ze sobą wózkową parasolkę, żebym się mógł schować przed wszędobylskim tutaj słońcem. naturalny basen polegał na tym, że zrobiony był on w oceanie, odgrodzony kawałkiem muru, a przez mur przelewały się fale. mama szalała w tym basenie, a ja z tatą robiliśmy jej zdjęcia ze skał. potem sobie podjadłem i było fajowo.

zaraz się okazało, że przed nami dalsza droga serpentynami, aż się mamie zakręciło w głowie, a ja oczywiście spałem. dojechaliśmy do małego miasteczka, bardzo uroczego, jak to powiedzieli rodzice icod de los vinos, tam w sercu miasteczka stało drzewo smocze, do którego wstęp kosztował cztery erło, a które widać było przez płot. więc rodzice wydali te cztery erło na napoje, które wypiliśmy w knajpce na ryneczku.
potem już tylko powrót serpentynami.

po dniu pełnym wrażeń zasnąłem przed kolacją i rodzice już mnie nie budzili na kąpanie… hurra jak to tata mówi, miałem dzień dziecka.

przy śniadanku zwykle starałem się coś podkraść, ale rodzice nie chcieli o tym słyszeć, nawet naleśników z polewą

w kościele było fajnie, i msza króciutka, bo pół godzinki

w drodze na los gigantes

w chuście u tatki paluszki smakują tak samo dobrze jak wszędzie

na kamienistym brzegu skryłem się pod parasolką, w tle naturalny basen

z tatą na los gigantes

było tak fajnie, że aż sobie zasnąłem

na lunchu w icod de los vinos

po lunchu małe przewijanko

jak ja lubię wycieczki

a to zdjęcie wulkanu el teide, na razie tam nie pojechaliśmy, następnym razem

o, a kto robi zdjęcie, kto zgadnie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz