dziś na lunch poszliśmy z rodziną zwolińskich, w sensie z ciocią magdą, wujkiem marcinem i mikołajem. jedliśmy ten lunch w balsamie. rodzice kiedyś chodzili tam często na imprezki, a w ciągu dnia robią tam pyszne jedzonko, przynajmniej tak wszyscy mówili, bo mi jak zwykle nic się nie dostało. siedziałem sobie u wujka marcina na rączkach i nawet pokazał mi pianino i coś pograliśmy. tymczasem mikołaj jak zwykle nie chciał jeść obiadu, pomimo, że jak zawsze obiecany miał pyszny deserek, i ciocia magda stawała na głowie, żeby wymyślać różne historie, a w międzyczasie wepchnąć co nieco z obiadu do buzi mikołaja. ciekawe czy ja też będę takim niejadkiem.
potem pojechaliśmy na spacer, ale było tak zimno, że rodzice zrezygnowali i pojechaliśmy do ich znajomych, cioci ani i wujka miśka, no i najważniejsze, do martusi. martusia ma niecałe dwa latka, a jest bardzo wysoka, jest wyższa od mikołajka, który ma cztery. no, ale może to dlatego, że i ciocia ania i wujek misiek są bardzo wysocy. martusia przyjęła mnie po królewsku, nie dość, że pozwoliła siedzieć u swojej mamy na kolankach, to jeszcze pokazywała mi swoją książeczkę i znosiła różne zabawki. nawet na chwilkę wskoczyłem jej na kolanka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz