loro to po teneryfiańsku papuga, a w parku mieszka ich bardzo dużo. nie one są jednak największą tutejszą atrakcją, ale o tym zaraz. przed wejściem na chwilę nas zamurowało, bo spotkaliśmy… tak, tak, marcela (małego wrzaskuna z samolotu) we własnej osobie. na szczęście rodzice szybko zgubili to towarzystwo i było spokojnie.
pierwszy punkt na naszej trasie parkowej to pokaz orek. co za przedstawienie. wszyscy otwierali szeroko usta ze zdziwienia, że tak można wyszkolić takie zwierzątka. skakały, wypływały na brzeg basenu, nurkowały z treserami. niesamowite. dobrze, że nie siedzieliśmy niżej, bo orki czasem specjalnie chlapały wodą na ludzi w niższych rzędach, ku radości pozostałych.
po orkach przeszliśmy szybko do delfinków. tu też bardzo efektowny pokaz. skoki przez kółka, przez linę, pływanie na tylnej płetwie i inne. nawet jeden chłopiec z widowni pływał z nimi po basenie w łódeczce. też bym tak chciał! ostatni pokaz to lwy morskie. te to dopiero były śmieszne. siadały sobie na balu i klaskały płetwami, jak udało im się zrobić jakąś sztuczkę albo udawały, że nie chcą reanimować omdlałego kumpla.
między pokazami odwiedzaliśmy różne fajne zwierzątka, na przykład tygryski, małpki, pingwinki na sztucznym lodowcu, oczywiście papużki i inne. bardzo mi się tam podobało. dobrze, że rodzice narobili dużo fajnych zdjęć. jak będę starszy i przylecimy na terefere, to koniecznie muszę to wszystko zobaczyć jeszcze raz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz