pojechaliśmy naszą nową bryczką do los christianos na lody i na obiadek do knajpki nad samym morzem. oczywiście zrobiłem tam furorę, no i jak rodzice zjedli pojechaliśmy dalej.
do santa cruz de tenerife jechaliśmy autostradą, taka teneryfa ma autostrady, a u nas w polsce o nie trudno. no, ale nie będę się w takie poważne sprawy zagłębiał, bo chociaż niech niemowlaki w polsce nie muszą się takimi rzeczami martwić. w santa cruz od razu pojechaliśmy pod stadion, gdzie tata kupił dla naszej trójki bilety. tak nie przesłyszeliście się, ja też musiałem kupić bilet i to nie było ulgowych, więc za 20 euro tata kupił mi bilet.
no ale ja tu piszę o cenach, a nie dodałem, że to był bilet na mecz primera division, czyli pierwszej ligi hiszpańskiej. z club deportivo tenerife (miejsce 15 w lidze hiszpańskiej) grać mieli deportivo la coruna, czyli 4 klub tej ligi. fajnie, tak się ucieszyłem, że miałem mały wypadek… podczas gdy mama przebierała mnie dosłownie ze wszystkiego w samochodzie, tatko poszedł zaprać moje spodenki i pozostałe ubranka do pubu sportowego. długo go nie było i się mu nie udało, więc mama się śmiała, że chyba piwem zapierał. no i na mecz poszedłem w koszulce i bez spodenek, na szczęście było ciepło. mieliśmy miejsca na samej górze, bardzo dobry widok i byłem bardzo zadowolony. mecz skończył się przegraną naszych teneryfańczyków (tak to się mówi?) zero do jednego. a zapomniałbym dodać, że klub z teneryfy jako flagi klubowe ma taką samą jak flaga szkocji, ciekawe.
w drodze powrotnej zajechaliśmy na nabrzeże, żeby obejrzeć auditorio de tenerife. taki amfiteatr podobny trochę do opery w sydney. nie myślcie sobie, że w byłem w sydney, ale rodzice mi mówili. chociaż oni też nie byli, pojedziemy tam razem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz