już od rana mieliśmy z mamą pełen dzień planów, dlatego wstaliśmy razem z tatą i poszliśmy z nim na śniadanie. zaraz po mojej drzemce pojechaliśmy na ulicę warszauera. to w takiej dzielnicy krakowa o nazwie kazimierz, chodziliśmy sobie z mamą po zaułkach, odwiedziliśmy alchemię i kilka fajnych ulic. oczywiście nie zabrakło zapieksa u endziora. tyle, że mama jadła, a ja spałem… cóż mi pozostało. tak to by mi ślinka leciała.
potem pojechaliśmy na starówkę, gdzie spotkaliśmy studentkę, prawdziwą studentkę jagiellonki. okazało się, że to ciocia gosia. która czekała na nas pod pomnikiem mickiewicza. ciocia gosia to córka cioci celiny i wujka fredka i siostra wujka tomka… tak wiem sam się w tym gubię. było śmiesznie. mama chyba trochę za dużo gadała, ale tak to jest jak się kogoś tak rzadko widuje. z ciocią spacerowaliśmy po starówce, a potem poszliśmy na pyszną szarlotkę do knajpki turnaua na brackiej, jak prawdziwi studenci. ja oczywiście dostałem swoją porcję w mleczku.
myślałem, że to koniec atrakcji, a tu przyjechał tata i pojechaliśmy z mamą i z nim do rodziny taty: wujka łukasza, cioci oli i ich córki, a mojej kuzynki anisi. anisia ma 2 latka prawie, a ja jej nigdy nie poznałem. sam tata jej jeszcze nie widział. była tam też ciocia zosia. i wszyscy jedli kolację i rozmawiali i się śmiali. a ja się turlałem, bo mi potrzebny do szczęścia jest tylko‘mój kawałek podłogi’.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz