piątek, 20 listopada 2009
zabrze
obudziłem się w zabrzu, mama myślała, że to raczej brzydkie miasto. tak się kojarzy. na śląsku, kominy, kopalnie, same złe skojarzenia. ale postanowiliśmy i tak je obejrzeć na własne oczy. ku naszemu zdziwieniu, miasto okazało się całkiem zadbane, ładnych parę skwerków, dużo ładnych kościołów, no i mieliśmy piękną pogodę, więc wszystko oglądaliśmy przez różowe okulary. mieliśmy jechać oglądać też kopalnię węgla kamiennego, właściwie to skansen. ale tata zadzwonił się dowiedzieć co i jak, i powiedziano mu, że tacy mali obywatele jak ja nie mają wstępu, a raczej zjazdu. mama postanowiła więc, że i ona zrezygnuje, żeby mi nie było przykro. za to poszliśmy na długi spacer ulicami zabrza, siedzieliśmy trochę na skwerku, gdzie podziwiałem różne fajne rzeczy, takie jak kolejka górnicza, czy pomnik wincentego pstrowskiego, a mama czytała gazetę. zaraz, zaraz, to zadzwonił tata i powiedział, że ruszamy do domu. do warszawy w sensie. tak więc wizyta w zabrzu była dość krótka, a w drodze powrotnej smacznie spałem i pamiętam tylko krótką przerwę na obiad. tak, tak ja też jadłem, tyle, że nie to co w menu. moje menu jest stałe. ale wcale nie narzekam.
taki ze mnie słodziak
zaraz zaraz, co oni tu piszą
jakieś procenty, i ten dziwny pan, normalnie jak gargamel ze smerfów
ten pan mi się nie podoba
zdecydowanie nie przypadł mi do gustu, mamie też
a to pod pomnikiem wincentego pstrowskiego, górnika, który pracował ponad siły i umarł
to jeszcze jedno ujęcie
nie wpuścili do kopalni, ale mama znalazła pociąg kopalniany do obejrzenia na zewnątrz
i ładny kościół
a to już z tatką w drodze powrotnej przerwa na obiadek
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz