środa, 18 listopada 2009

pierwsza pomoc

w dzień z mamą załatwialiśmy różne sprawy na mieście, taty niestety od poniedziałku nie ma, bo siedzi w jakimś zabrzu. wysłali go tam z pracy, chociaż wcale nie chciał jechać, to musiał. i już od poniedziałku rano go nie ma. mama mówi, że jest wtedy słomianą samotną matką, nie wiem co to znaczy, ale pewnie nie ma lekko, no bo jednak tata dużo mamie przy mnie pomaga.

potem byliśmy na spacerku w naszym parku. bo mało kto wie, ale nieopodal naszego domu jest mały park, jest tam spory staw, po którym pływają kaczki, przychodzą starsi ludzie karmić te kaczki, przychodzą też mamy i nianie z dziećmi, trochę większymi ode mnie… wszyscy do tych kaczek. w parku jest mało ławek, bo żule, nie wiem kto to taki, powynosili je w krzaki i tam opijają się piwem. a jak jest zimno, to pomimo, że żuli nie ma, to ławek nie przynoszą z powrotem.

wieczorem spotkałem się z ciocią mary i wujkiem bastkiem no i ich synkiem żabkiem oczywiście. byliśmy na warsztatach z pierwszej pomocy dzieciowej, też w ramach wyprawy mama. nie chodziło wcale o to, żebyśmy my z żabkiem uczyli się jak udzielać pierwszej pomocy, tylko, żeby nasi rodzice wiedzieli w razie co… mama była bardzo przejęta i poprosiła mnie, żeby nigdy jej się ta wiedza nie przydała, z tych warsztatów w sensie. czyli na przykład, żebym nie spadał z drzewa i nie łamał kręgosłupa, jak to zrobił mój tata w dzieciństwie.

w naszym parku nieopodal domku

z żabkiem na szkoleniu z pierwszej pomocy dzieciowej

zapomniana sesja …

przyznam, że łatwo nie jest…

burzymy

siadamy jak basza

machamy wszystkim co się da

zajadamy swoje stópituty

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz