potem byliśmy na spacerku w naszym parku. bo mało kto wie, ale nieopodal naszego domu jest mały park, jest tam spory staw, po którym pływają kaczki, przychodzą starsi ludzie karmić te kaczki, przychodzą też mamy i nianie z dziećmi, trochę większymi ode mnie… wszyscy do tych kaczek. w parku jest mało ławek, bo żule, nie wiem kto to taki, powynosili je w krzaki i tam opijają się piwem. a jak jest zimno, to pomimo, że żuli nie ma, to ławek nie przynoszą z powrotem.
wieczorem spotkałem się z ciocią mary i wujkiem bastkiem no i ich synkiem żabkiem oczywiście. byliśmy na warsztatach z pierwszej pomocy dzieciowej, też w ramach wyprawy mama. nie chodziło wcale o to, żebyśmy my z żabkiem uczyli się jak udzielać pierwszej pomocy, tylko, żeby nasi rodzice wiedzieli w razie co… mama była bardzo przejęta i poprosiła mnie, żeby nigdy jej się ta wiedza nie przydała, z tych warsztatów w sensie. czyli na przykład, żebym nie spadał z drzewa i nie łamał kręgosłupa, jak to zrobił mój tata w dzieciństwie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz