w środę też mieliśmy fajny dzień, bo od rana wyruszyliśmy na miasto. na starym mieście jest dużo fajnych miejsc, żeby posiedzieć. ale niestety większość z nich ma schody, a jak mama jest bez taty, albo kogoś znajomego, to umie wjeżdżać moją bryką tylko na takie proste schody. a jak wiecie na starym mieście schody są zazwyczaj albo jakieś wąziutkie, albo takie nierówne, albo jeszcze jakieś. jak już się znajdywała knajpka bez schodów, to było strasznie napalone papierosami i mama nie chciała mnie tam truć. a że pora karmienia zbliżała się nieuchronnie, to w ostatniej chwili znaleźliśmy kawiarnię w sukiennicach. w środku nie było ani jednej osoby, oprócz obsługi więc nie miał kto palić. mama wypiła herbatę i zjadła szarlotkę, a ja swoje zwykłe danie, czyli mleczko mamy. dopiero jak dostaliśmy rachunek, to się okazało, czemu tam nikogo nie ma. był bardzo wysoki. no ale co było robić.
potem pojechaliśmy do muzeum narodowego, tam poszliśmy na dwie wystawy, goya – gdy rozum śpi, jakieś straszności tam były bo ryciny wojenne i na wystawę kolekcji galerii starmach,tam było fajnie, bo był taki pan co się nazywa kantor i bardzo uważnie się przyglądałem jego pracom, szczególnie że byliśmy dziś z mamą w miejscu kantor, i tam było dużo pieniędzy z różnych krajów, a na obrazach nic na ten temat nie było.
wieczorem dołączył do nas tata i pojechaliśmy na pyszny obiad do włoskiej knajpki, gdzie oczywiście oczarowywałem panią kelnerkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz