kolejny dzień minął nam pod znakiem podróży do warszawy. na pożegnanie z goleniowem rico mlasnął mnie językiem po twarzy, ale specjalnie się tym nie przejąłem. wujek stasiek odwiózł nas do szczecina na dworzec i zaraz jechaliśmy pociągiem do warszawy. tym razem nie mieliśmy tak wygodnych miejsc jak ostatnio, ale też daliśmy radę. na początku to spałem ze dwie godziny, aż tata zaglądał i pytał czy aby wszystko u mnie w porządku i czy nie powinienem być już głodny. no ale jakoś nie byłem. no a jak się już obudziłem, to patrzyliśmy za okno albo śpiewaliśmy piosenki w przejściu między wagonami i jakoś czas zleciał.
a w ogóle to chyba wam nie wspominałem, ale tata jest w siódmym niebie odkąd się urodziłem. i to nie tylko dlatego, że się urodziłem, ale również dlatego, że mama pozwoliła mu śpiewać dla mnie do woli, o co było podobno niełatwo przed moim pojawieniem się na świecie, bo mama chodziła do szkoły muzycznej i ciężko jej było pogodzić się z nadepniętym przez słonia uchem taty (czy ktoś wie o co chodzi z tym słoniem?), no ale mama powiedziała, że dla mnie zniesie wszystko, nawet śpiewy taty, który się podobno wyrobił w te klocki.
w warszawie było bardzo zimno i szybko przyszliśmy do domku. ech, fajne są takie wyjazdy rodzinne.

to z cioteczką jolcią, u której mam stałą metę

jej piesio rico chciał się bawić ringo

a potem lizać i lizać, musieliśmy się z tatą ewakuować

zająłem miejscówkę przy oknie… a gdzie ma siedzieć mama, hmmm?

z tatą śpiewającym piosenki

a tak wygląda zadziwiony słuchacz

patrzymy w dal…

a pociąg mknie…

a kuku mówi panienka z okienka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz