wczoraj taki zwariowany dzień, że myślałem, że dziś powieje nudą. a tu wcale nie. na dobry początek, dałem rodzicom się wyspać. bo jednak jak są wyspani, to jest dużo weselej. potem robiliśmy oczywiście porządki po przyjeździe. tak wiem, słyszałem, że w niedzielę się nie sprząta, ale u nas się czasami łamie te zasady. zaraz potem pojechaliśmy do państwa chaleckich, do wujka darka i cioci magdy, wprosiliśmy się na kawkę, a dostaliśmy nawet śniadanie i ciasto. było bardzo fajnie, szczególnie, że mają oni duży salon, po którym chodził pan kaczor chalecki i śpiewał śmieszną piosenkę o kaczuchach. tata był zafascynowany, mama lekko przestraszona, bo kaczor był bardzo głośny i nieprzewidywalny, nie wiadomo było dokąd właśnie skręci. no ale mama była przestraszona głównie tym, że ja się przestraszę, a ja jestem odważny. no mamo!
potem byliśmy na spacerku na saskiej kępie, bo oni, to znaczy ciocia madzia i wujek darek mieszkają właśnie w tej kępie, no i poszliśmy do parku, i ja nie chciałem siedzieć w wózku, no bo co, z wózka nic nie widać. a mijaliśmy na przykład budowę stadionu, gdzie będą mecze piłki nożnej i inne rzeczy, i tata będzie mnie tam zabierał, jak już zbudują ten stadion.
taka to niedziela była fajna. no a jutro poniedziałek niestety. bo podobno po każdej niedzieli jest poniedziałek.

to ja z kabaczkiem od cioci celiny

wygląda to to na smaczne

ja i pan kaczor chalecki, grający kaczuchy i brzęczący, trochę straszny, żółty stwór

u cioci madzi na rączkach

każdy kogoś/coś ma, mama mnie, wujek wózek, a ciocia chwyciła mojego kumpla misia

tak budują stadion narodowy

znowu nałożyli to dziwne coś, wygląda na to, że tak będzie codziennie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz