w południe pojechaliśmy do dziadków do mrozów. dziadek marek tak się ucieszył, że się spotkaliśmy, że zabrał mnie na spacer tak długi, że aż tata po nas dzwonił, żebyśmy już wracali do domu. potem przyjechał wujek marcin z ciocią madzią i mikołajkiem i mogliśmy już zaczynać wigilię. wszyscy zajadali się pysznym barszczem z uszkami, karpiem i innymi smakołykami. w tym czasie ja turlałem się po podłodze, starając zmierzyć w kierunku choinki, pod którą zobaczyłem dużo ładnych pakunków.
muszę wam się przy wigilii przyznać, że na razie moje ciało nie zawsze mnie do końca słucha. czasem chcę iść w lewo, a wychodzi z tego obrót przez plecki w prawo i zaraz zapominam, po co to ja chciałem w to lewo właściwie iść. nie ma się czym przejmować, bo zaraz wynajduję sobie nowy cel i już. no, ale jak tak się turlałem po tej podłodze, to wymyśliłem, że zrobię nową figurę i stanąłem na czworakach. wywołało to dużą radość u mamy, która wszystkim od razu oznajmiła o moim dokonaniu. kurczę, nie wiedziałem, że tak łatwo można rodzicom sprawić przyjemność.
no, ale odbiegliśmy od tematu. po kolacji przyszła pora na prezenty spod choinki. ależ mi się ta zabawa podobała. dostałem niebieskiego misia świetlistego i drewniane klocuszki i nie mogłem się zdecydować, czym się bawić. w ogóle to wszyscy dostali fajne prezenty i było bardzo wesoło. szkoda, że ta wigilia jest tylko raz w roku…
w oczekiwaniu na prezenty można się zawsze wturlać pod stół…
i specjalnie dla jednej cioci – jak wojtuś został świętym mikołajem

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz