na dwa dni zameldowaliśmy się w miejscowym hotelu, niedaleko plaży. nie chcę się wdawać w szczegóły, ale jak zobaczyliśmy odrapany budynek, w którym mamy spać przez najbliższe dwie noce to tata nie chciał tam wchodzić. no ale ostatecznie nie wybrzydzaliśmy bardzo i zostaliśmy.
niedługo wybraliśmy się na spacer. pogoda była piękna. świeciło słoneczko, a od morza wiał lekki wiater. okazało się, że spacer zajął nam właściwie pół dnia. ruszyliśmy brzegiem morza śródziemnego (o, kolejne morze w mojej karierze) w kierunku północnym i, jak to powiedział tata, wczuwaliśmy się w klimat miasta. a muszę wam powiedzieć, że tel aviv jest zupełnie inny niż jerozolima. dużo bardziej nowoczesny i kolorowy. a życie też wygląda tu inaczej. wydawało się, że jest już weekend, bo w kawiarniach było pełno ludzi a na promenadzie mijaliśmy mnóstwo uprawiających biegi lub inne sporty.
no więc tak sobie przyjemnie spacerowaliśmy, a co jakiś czas robiliśmy przerwę na przykład po to, żeby popatrzeć jak chłopaki skaczą na plaży na takiej śmiesznej gumowej trampolince. też chciałem spróbować, ale na razie mogłem tylko popatrzeć. wreszcie sami zatrzymaliśmy się w kawiarni. rodzice pili kawkę, a ja zapoznałem się z jednym tubylcem.
a w ogóle to okazuje się, że w tym tel avivie to łatwiej się dogadać po rosyjsku niż po angielsku, więc mama może się wykazać. zauważyłem, że lubię słuchać, jak ktoś mówi po rosyjsku. no, ale nic dziwnego, w końcu jestem ćwierć-rosjaniniem!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz