czwartek, 4 lutego 2010

izraelski mandat, hajfa i pierwszy deszcz

jak już wiecie mój tata jest kolekcjonerem mandatów, zapłaciliśmy jeden na terefere i nawet nam odholowali auto, w zeszłym tygodniu udało mu się zapłacić w jordanii, co podobno niespotykane, bo turystów traktują tam wyjątkowo łagodnie, a dziś sukcesem zakończyło się parkowanie pod muzeum sztuki w tel avivie. tym razem tata starał się zgonić część winy na mamę i na fakt, że przy ulicy nie było parkometrów tylko trzeba było iść na pocztę.

w muzeum było bardzo fajnie, mieli obrazy impresjonistów, współczesnych i trochę staroci rubensowych.

potem pojechaliśmy do hajfy, stamtąd ma być baza wypadowa na różne zwiedzania. droga niedaleka, i mieliśmy zajechać do cezarei. no tak, zajechaliśmy, ale padało i był straszliwy wiatr, więc rodzice stwierdzili, że ze zwiedzania nici. tak więc pojechaliśmy dalej do hajfy. a tam nasz fajny hotel, jeden z najfajniejszych i mam swoje łóżeczko i można się w nim bawić w namiocik. wieczorem pojechaliśmy jeszcze na górę, bo hajfa leży na wybrzeżu i na wzgórzach, i z tych wzgórz właśnie widać ładnie całą hajfę. a tam był kościół stella maris, więc do niego zaszliśmy i się okazało, że był bardzo ładny.

zdarzył się też smutny przypadek, bo zgubiłem dziś z tatą mojego wielbłąda jordańskiego, którego dostałem od hint. szukaliśmy go potem długo, ale się nie znalazł, nawet w sklepie, gdzie kupowaliśmy rzeczy na kolację. papa mój wielbłądzie.


z mamą przed muzeum

pada deszcz

a my z tatą w środku

a mamę zwieje zaraz

hura nasz nowy domek

mówiłem, że zabawa w namiocik to pierwsza klasa

no do spania łóżeczko też się nadało

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz