potem wróciliśmy na śniadanie do naszego klasztoru, i ja dostałem kawałek bułki, nawet jedna pani chciała mi przynieść banana, ale mama nie pozwoliła, bo mi bananów pani doktor nie pozwoliła.
potem poszliśmy z bardzo miłą siostrzyczką pod ziemię do różnych herodiańskich grobowców i oglądać, co było wcześniej pod naszym klasztorem. siostrzyczka mówiła po francusku, a rodzice udawali, że coś rozumieją, no mama niby coś tam rozumiała, ale nie za wiele.
potem w drogę, pojechaliśmy do beit she’an, to kolejne ruiny rzymskie i bizantyjskie. i amfiteatr, i łaźnie, i kolumnowe ulice. muszę się przyznać, że powoli mnie zaczęły męczyć te ruiny, i dlatego nawet przez chwilę marudziłem, co zdarza mi się nieczęsto.
stamtąd ruszyliśmy na południe, bo mieliśmy przejeżdżać przez te terytoria okupowane, no i jechaliśmy, i było wojsko i karabiny, ale ja się nie bałem wcale, bo rodzice się wcześniej pytali niny, czy to bezpieczne i czytali w internecie, że nie ma problemu, i rzeczywiście. a te terytoria bardzo piękne, naprawdę ładne widoki, trochę też smutnych, bo opuszczone domy.
no i dojechaliśmy wcześniej niż się spodziewaliśmy do martwego morza, i wyjechaliśmy z terytoriów i rodzice postanowili, że pojedziemy na plażę, i było bardzo fajnie, plaża co prawda była prywatna, bo na dziko jest zabronione i jeździ wojsko i sprawdza. ale można było się potem spłukać, bo się okazało, że to morze straszliwie słone. hoho, takie słone, że nie da się zanurzyć w nim, bo mama próbowała pod wodę się schować i nie mogła, a potem się położyła na wodzie i nie musiała mieć kółka, tak jak ja na basenie, ani niczym machać. a tata to samo, a mi powiedzieli, że nie mam pieluchy kąpaniowej i że za słona woda. no chociaż nóżki zamoczyłem i potem je płukaliśmy. fajnie było, bo tata wymazał się błotem i potem ledwie się obmył, a był jeden chłopak, co cały wlazł do błota i żuł gumę i wyglądało jakby jadł to błoto.
potem szukaliśmy miejsca gdzie by co zjeść, i nic nie było, i zjedliśmy w ulubionej restauracji wujka mitcha, a zapłaciliśmy jak za dobrą knajpę w warszawie. a na noc pojechaliśmy na pustynię, w góry, i rodzice znaleźli fajne zaciszne miejsce za górą, i tam zaparkowaliśmy i tam spaliśmy, bo w masadzie w sumie nie ma hoteli, a chcieliśmy być na wschód słońca. rodzice mi umościli super miejsce w samochodzie, a sami spali po bokach. i spałem ładnie całą noc. a nad nami był dywan gwiazd.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz