sobota, 11 września 2010

w drogę!

chciałem was przeprosić za długie niepisanie, no i przeskoczenie kilkunastu dni, mieliśmy z rodzicami mały problem techniczny, bo część zdjęć została w domu, a my wyruszyliśmy w daleką podróż. w każdym bądź razie, uzupełni się po przyjeździe.

a tymczasem, powiem wam, że przyjechały do nas rano w piątek dziadki świnoujskie z wielkimi walizami, no i my też mieliśmy już spakowane swoje walizy, chociaż częściowo puste, żeby przywieźć to i owo zza oceanu. tak, tak. tam mnie jeszcze nie było.

postanowiliśmy pojechać za ocean. wszyscy byli już bardzo spragnieni urlopu, a ja najbardziej. lot był co prawda przerywany, bo mieliśmy aż trzy samoloty, ale na szczęście najdłuższy czas lecieliśmy samolotem częściowo pustym. no i miałem gdzie biegać, bo jak się domyślacie, w samolocie nie było dla mnie potrzebne miejsce siedzące, bo bym go nie zajmował.

jak już dolecieliśmy to było ciemno, a mi się zdawało, że to rano, bo u nas w polsce byłoby rano, no i przez dwa dni miałem jakiś dżet lag, i wstawałem w środku nocy i chciałem się bawić. jak zwykle nie doleciał jeden z bagaży, na szczęście moja kasza doleciała. w vegas, bo tu właśnie dolecieliśmy, wzięliśmy największą furę z całego parkingu i pojechaliśmy spać do hotelu. no a następnego dnia, przejechaliśmy do martwej doliny, gdzie było bardzo gorąco i było dużo słońca. potem byliśmy w bedwatersach, w tej dolinie, tam było dużo soli i jeszcze goręcej, no i potem pojechaliśmy fajną drogą na północ, zjedliśmy po drodze meksykańskie jedzenie, ja nie chciałem jeść, bo to był dla mnie środek nocy.


na okęciu znam już wszystkie zabawki

trudy podróży znoszę dzielnie

nasza fura

za mną!

mamo, to jest death valley

mama pije dużo

autostrada do…

widoki preriowe

zamawiamy jedzenie w bonanzie

1 komentarz: