poniedziałek, 13 września 2010

jedziemy przez stan rolniczy – czyli kalifornię

tak tak, jechaliśmy przez tą kalifornię aż nad ocean, po drodze różne uprawy. wszystko ładnie podpisane, aż się chciało zatrzymać na szaber. ale jednak stwierdziliśmy, że to nie wypada i wszystko podziwialiśmy z daleka, no może z wyjątkiem kilku migdałów, które udało się zebrać przy drodze. jechaliśmy nad ten ocean, i po drodze z mariposy, gdzie spaliśmy do carmel, gdzie zamierzaliśmy spać mijaliśmy te wszystkie uprawy, a oprócz tego zaliczyliśmy takie dziwne miejsce, gdzie było sztuczne jezioro, dużo fajnej żółtej trawy, na śmiesznych pagórkach, a do tego drzewka czarne jak smoła, przynajmniej tak wyglądały w słońcu. jedliśmy tam też arbuza, a miejsce nazywało się pacheco. zajechaliśmy też na obiad do stolicy czosnku, gdzie były sklepy czosnkowe i wielki pomnik czosnku na środku ulicy, i gdzie zrobiliśmy też małe zakupy.

migdałowe drzewo

migdałowa ręka

ciężarówa z pomidorami, mniam mniam

zdjęcie drogi

fajne pagórki

mama, ja, babcia tania

pagórki c.d.

jedzenie arbuza nie jest proste…

… ale przyjemne

chmury tu mają ładne

i jeziora też ujdą


co to za młynek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz