wszystko co dobre musi się kończyć. ze szwedzkiej kolonii na lancie busem pojechaliśmy do krabi, skąd mieliśmy samolot do bangkoku. w bangkoku jeszcze cały dzień spędziliśmy na zakupach i obijaniu się, wojtuś z tatą przejechali się tamtejszym skytrain, pociągiem który jeździ ponad ziemią. jeździliśmy trochę tuktukami, bo to wojtusiowa ulubiona forma transportu (wojtuś podchodził do tuktuka z którego kierowcą rodzice negocjowali cenę i wsiadał do środka pytając: to nasz? to nasz?) jak to przykro jak się kończą wakacje. mam nadzieję, że nie będziemy musieli za długo czekać, żeby wyruszyć na następną wyprawę.
na lotnisku, jak zważyli plecaki to okazało się że ważą bardzo mało niecałe 40 kg dwa, całkiem nieźle wyszło. na lotnisku mama poszła z wojtusiem do toalety i znalazła tam dwa paszporty, razem z boarding passami, wiecie co się okazało, że to paszporty australijskie, a ludzie ci lecą tym samym samolotem co my! a w samolocie okazało się, że lecą z nami w rzędzie (nie muszę wam mówić, że samolotów z lotniska odlatywało wtedy ponad 40, a w naszym samolocie było chyba z 40 rzędów). mama odniosła znalezisko i ludzie jej bardzo dziękowali, no i ich wzywano przez megahony i zaraz przybiegli wystraszeni. taka to przygoda była.
powrót był spokojny, znowu miałem kołyskę, no a wojtuś swój czarny komputerek, który wcale nie jest jego, ale w podróży to on jest głównym jego użytkownikiem.

tak wygląda moje jedzenie

wojtuś w skytrain

tuktukowanie (wojtuś zasnął)

taty długie nogi (co by ze swoimi zrobił wuj grześ, tata neli i olafa to nie wiem)

samolotowy rozgardiasz
taaaak, w niektórych sytuacjach zazdrościmy grzesiowi wzrostu, ale nie w środkach transportu :).
OdpowiedzUsuń