sobota, 7 stycznia 2012

bangkokowo

no i pojechaliśmy, najpierw jeden samolot do frankfurtu, a potem wielkie lotnisko, gdzie wojtuś był przeszczęśliwy, bo było dużo ruchomych chodników, rękawów i innych atrakcji. ja miałem wózek parasolkę, więc też nowość, że można jeździć w wózku i widzieć coś więcej niż sufit i uśmiechniętą mamę (taki widok miałem w gondolce). ale po kolei.

mama nas pakowała, a nie było łatwo, bo do tych samych plecaków, co kiedyś pakowali się z tatą, teraz musiała spakować jeszcze mnie z wojtusiem, duży zapas pieluch i moje słoiczki, kremy, płyny na komary (rodzice inny, wojtuś inny, ja inny). no i apteczkę, która zajęła prawie pół plecaka i ważyła 5 kg, a to podobno dużo. dodatkowo podstawowy zestaw przeciw nudzie w środkach transportu dla dwóch urwisów, tj. po pluszaku (wojtuś miał psa, a ja misia serdecznego, wkradł się też mały krecik), dwa samochody, książeczka pięciopsiaczki i mała składana o lokomotywie, dwie kolorowanki i najważniejsza zabawka, przynajmniej dla wojtusia: czarny komputerek (ajpad mamy). jak zważyli plecaki na lotnisku, to się okazało, że ważą tylko 22kg i 17 kg.

w drugim samolocie miałem kołyskę, więc sobie mogłem wygodnie spać. lot był w nocy i wszyscy spali, obok spał mały szwed, który się okazało, że był ode mnie starszy o miesiąc i trzy brody, bo miał ten chłopczyk cztery brody, tak tak. a jedna jego noga była grubości moich trzech (wiem, że mam tylko dwie), w tej szwecji to chyba dużo jedzą czy co.

jak już wylądowaliśmy w bangkoku, to wszystko było nowe. najnowsze było to, że rodzice koniecznie chcieli, żebym spał w dzień a nie spał w nocy, tzn. oni twierdzili, że teraz dzień to noc. a ja oczywiście im nie uwierzyłem i nie miałem zamiaru spać w tą udawaną noc, nazywali to jakimś dżetlagiem czy coś, wojtuś im uwierzył i spał razem z nimi, tzn. próbował, bo ja nie dawałem spać ani im, ani wojtusiowi, haha.

w dzień trochę zwiedzaliśmy bangkok, i odpoczywaliśmy, wszyscy nas tu chcą całować i brać na ręce i robią zdjęcia. a do tego pytają czy jestem dziewczynką, też mi coś, nie widzą, że jestem facetem, czy co?

to wszystko do dwóch plecaków, nasza mama to mistrzyni pakowania

w samolocie

król tajski

wojtuś był w szkole, na chwilkę

prawdziwi turyści

w plecaku

mnichy mnichy

bartoniczek na tle watów

turystyczna atrakcja numer jeden – wojtuś

khao san road

2 komentarze:

  1. 1. czy wasi rodzice optymistycznie wzieli sobie ksiazki?
    2. ale przeciez ty nie jadasz sloiczkow?
    3. a co mieliscie w tej apteczce???

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. rodzice przeczytali wszystko, mieli jeszcze gazety. jak chodziliśmy spać czytali z latarkami.
    2. nie jadłem, ale miałem jeść, więc z każdego słoiczka zjadłem może z jedną łyżeczkę...
    3. w apteczce było wszystko, jak chcecie to podeślemy. na rozwolnienie, na zatwardzenie, na ukąszenia, na gorączkę, na kaszel taki i śmaki, na katary, na uczulenia, na rany, na odwodnienie,.... i inne mało ciekawe rzeczy. apteczka obejmowała część leków dla rodziców, które były inne niż nasze.

    OdpowiedzUsuń