no więc zacznę od tego, że rozpoczęto etap numer dwa w moim życiu, czyli próby karmienia. mam już sześć miesięcy, więc powinienem jeść jakiś gluten, cokolwiek to jest, i podają mi to w postaci brei w różnych kolorach, raz jest to pomarańczowy (marchew, dynia, dynia z ziemniakami), raz żółty (jabłuszko, gruszeczka), czasami fioletowy (śliwki suszone) bądź zielony (brokułki)... czasami mama to pichci w kuchni, a czasami wyjmuje ze słoika (ostatnimi czasy się obraziła na mnie i już same słoiki to są). no więc cała procedura, ubieranie w śliniak, potem na to fartuch z ikei (bez śliniaka przemaka) już mnie lekko denerwuje, potem siedzonko, które lubię i które pożycza mi bez szemrania wojtuś, no i się zaczyna. wpychają mi te różne paćki do buzi, próbują różnymi łyżeczkami, mają ich bardzo dużo, próbują na zmiany (może od mamy nie chce, to od taty zje, a może babcia), no i wojtuś biegający dookoła całego zamieszania i powtarzający, jedz to dobre.... no i jakoś mnie to wszystko nie przekonuje, jak już się im uda wcisnąć, to ja rozpuszczam to w ślinie i wypluwam dwa razy więcej niż dostałem... i tak codziennie, czasami po kilka razy nawet próbują tego karmienia.
oprócz tego przyjechała do nas babcia tania, bo ze złamaną rączką ma zwolnienie i mama jej chciała pomagać, ale się okazuje, że to babcia więcej pomaga nam niż my jej. tak czy siak, jest bardzo fajnie. a babcia mówi cały czas, że ćwiczy rączkę, dlatego kroi tą rączką połamaną sałatki, szyje, buja mnie w bujaczku, a nawet robi z wojtusiem żółwiki (wojtuś początkowo bardzo się tej rączki bał i unikał babci, ale powoli się przełamał, chociaż na rączkę spogląda nieufnie).
w międzyczasie była u nas z wizytą moja chrzestna, ciocia ania ze swoją córeczką tosią, która jest niezłym rozrabiakiem i ma fajny dołek w policzku.
a oprócz tego były masełka, czyli jasełka. na których były obie babcie i tatuś. występował wojtuś, nawet miał swoją kwestię: „damy ci jezuniu nasze pudełeczko, a a nim aniołki, co na ciebie spoglądają i wesołą piosenkę dla ciebie zaśpiewają”. wojtuś występował w spodniach pożyczonych od tosi, nie chciał jednak za żadne skarby nałożyć czapki mikołaja, więc występowały śnieżynki, mikołajki i wojtuś. my z mamą nie byliśmy na jasełkach, bo ja się rozchorowałem, a było to tak: najpierw zachorował wojtuś i chorował 1,5 tygodnia, w międzyczasie ja dostałem szczepionkę i po dwóch dniach okazało się, że też jestem chory. a jak się ta choroba zakończyła, to przeczytacie w następnych postach.

hehe, widze ze wasza mama te otwiera buzie jak was karmi :), zupelnie jak wujek grzes!
OdpowiedzUsuńfajne te Masełka
OdpowiedzUsuń