środa, 2 stycznia 2013

krynica nigdy się nie znudzi

no tak, jak zauważyliście pewnie, dawno nas tu nie było. jakoś strasznie zajęci byliśmy a i zima taka długa! no więc teraz będzie turboprzyspieszenie + mało tekstu, dużo zdjeć.
po świętach jak zawsze pojechaliśmy w góry. tym razem były trzy grupy dzieci: 'przedszkolaki' (tosia, majut, lem i wojtuś), 'berbecie' (polut, róża, tymek) i jednoosobowa grupa 'ludzik', w której byłem ja - bartuś. aha, oczywiście byli z nami też rodzice. chatę mieliśmy wyborną, tym razem nie było basenu :( ale było dżakuzi! :)


ten stół jadalny był zwykle opanowany przez dzieci. dzieci jadły i jadły jak kończyły śniadanie, zaczynały drugie śniadanie, jak kończyły drugie śniadanie, to na kuchni ciocia ania kończyła gotować zupę, jak tylko zupa była w przepastnych brzuchach, to wołaliśmy o co nie co na deser, zaraz potem, trzeba było zjeść podwieczorek i potem grzecznie kolację.... 

 kącik czytelniczy w sercu salonu pozwalał na czytanie i równocześnie branie udziału w życiu domu, albo drzemanie (to robił zwykle wuj krzyś) i jednoczesne głoszenie wszem i wobec, że zajmuje się taki dorosły dziećmi...
 maluchy też chciały jeść ze wszystkimi....

 a to wieczorny rytuał, najpierw dżakuzi, a potem skok pod prysznic. mama pod prysznicem myła taśmowo: najpierw wojtuś, potem ja, czasami wpadła też gościnnie tosia

 to ja z tosią. tosia bardzo chętnie bawiła się z wojtusiem w dom, kładli się nawet razem do łóżeczka tosiowego i przykrywali i mówili: teraz jest mąż i żona... tosia mówiła wojtusiowi, żeby zmienił pieluchę tymowi, a ona ugotuje obiad... a mama i ciocia ania były z tych historii bardzo zadowolone

 spacerowanie po deptaku to mus, wojtuś zawsze szuka swojego psa, pomnik nikifora z psem

 tym w restauracji interesował się wszystkim tylko nie jedzeniem

 oczywiście rodzice próbowali sobie z nami zrobić zdjęcie.... tu jeszcze się udało

 ale w przypadku większej liczby dzieci to już nie było możliwe

 zakupiono dwie pary plastikowego dziadostwa zamiast sanek.... dziadostwo zostało w górach u naszych gospodarzy, ale zabawy było co niemiara. sanki nie mieściły się do żadnego z aut, które przyjechały w góry

 wojtuś pozuje z tatusiem
 a za wojtusiem nasza wypasiona chata

 wojtuś z majutem poszli na sesję, ale słońce już było po drugiej stronie gór

 chwila zgody na sankach, wojtuś się zawsze przepycha!

 dzieci raz dziennie oglądały bajkę...

by w tym czasie rodzice mogli oddać się błogiemu obżarstwu! :)

1 komentarz:

  1. Ale super wyjazd! no i cieszymy sie ze przywialo do was motywacje blogowa :). buziaki

    OdpowiedzUsuń